Subwencje dla partii politycznych przyczyną zabetonowania sceny politycznej w Polsce

Dorota Wójcik

PIENIĄDZE ŁATWE DO ROZDANIA

Pieniądze podatników na utrzymanie partii politycznych są pieniędzmi bardzo lekkimi do wydania. Wiadomo przecież z doświadczeń systemu komunistycznego, że jak coś jest publiczne, wspólne to znaczy, że jest niczyje więc można kraść do woli.

Nie ma chyba w Polsce osoby, która uważa, że obecny system finansowania partii gwarantuje, iż pieniądze będą miały taką samą wartość dla tego, który płaci i dla tego, który je wydaje.

Ten system finansowania partii jest pełen wyjątkowych nadużyć i sprzyja wyjątkowemu nepotyzmowi.

W 2011 roku premier Donald Tusk wspomniał, iż popiera pomysł aby partie polityczne utrzymywały się w taki sam sposób jak organizacje pozarządowe czyli poprzez system darowizn i odpisów podatkowych. Premier podkreślił też, że zrobi wszystko żeby finansowanie partii z budżetu w ogóle zlikwidować albo przynajmniej ograniczyć do niezbędnego minimum.

Zaznaczył jednocześnie, że większość posłów w parlamencie jego zdania nie podziela i zdecydowanie popiera subwencje z budżetu. Oczywiście usprawiedliwiają własne zdanie różnego rodzaju bon motami m.in. twierdząc, iż tylko taki system finansowania partii politycznych jest bezpieczny od korupcji i lobbingu dużych i bogatych grup społecznych.

Ale nie jest! Już dziś partie na kampanię wyborcze zbierają dodatkowo ok. 1/3 wartości subwencji. Czyli już dziś są wspierane z prywatnych dotacji. Istnieją ograniczenia kwotowe do ok. 20 tys. zł. jednorazowej darowizny od jednego podatnika, ale tajemnicą poliszynela jest, że i to ograniczenie łatwo jest ominąć.

Blisko 18 milionów zł. dla PO, niewiele mniej dla PiS, 7,5 mln dla Ruchu Palikota, ponad 6 dla SLD i PSL. Każdego roku partie polityczne dostają miliony wypracowane przez polskich podatników. Na co one idą?

Niestety, ale większość z nich wydawana jest na kampanie wyborcze. Na plakaty, billboardy i zaśmiecanie ulic ulotkami z wizerunkiem bezideowych kandydatów. Część wydatków to m.in. to finansowanie imprez i konwencji oraz koszty administracyjne tj. biura, materiały, energia oraz wynagrodzenia dla pracowników.

Od 5% do 15% to tzw. Fundusz Ekspercki, który narzuciła partiom ustawa. Oczywiście ekspertyzy niekoniecznie przygotowywane są przez  prawdziwych ekspertów a przez tych „uznanych” przez partie. Może to być na przykład mąż koleżanki z Klubu lub teść prezesa. Niejednokrotnie tzw. ekspert przygotowuje kilka stron „ekspertyzy” za kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Pracownicy w partiach. Oczywiście z reguły nie są to osoby zatrudniane wg. kompetencji. Raczej bez konieczności przynoszenia CV zatrudniani są znajomi lub rodzina osób wpływowych w partii. Czasem może to być zaangażowany działacz partyjny, który nie otrzymał jeszcze żadnego stanowiska w lokalnym urzędzie lub nie dostał się w ostatnich wyborach tam gdzie próbował.

Konwencje i imprezy – na bogato! Kolejna okazja, żeby napić się wódki na zdrowie i za zdrowie sponsora czyli podatnika.

Największym minusem finansowania partii z budżetu poza zwykłym marnotrawstwem pieniędzy podatników jest praktycznie uniemożliwienie pojawienia się nowych partii na scenie politycznej. Ewenementem okazał się być Ruch Palikota, który bez finansowania z budżetu dostał się do parlamentu. Pozostałe partie funkcjonujące na dzisiejszej scenie politycznej to tak naprawdę „odnogi” partii, które pojawiły się na niej w roku 1989. I choć ich nazwy się zmieniły to w zasadzie ludzie za nimi stojący są ci sami. Przykładem może być PO, której lider to były członek Kongresu Liberalno-Demokratycznego, potem Unii Wolności (powstałej w wyniku połączenia KLD z Unią Demokratyczną), a dziś Platformy Obywatelskiej.

Jak jakakolwiek nowa, świeża siła polityczna może na zdrowych zasadach konkurować z istniejącymi „molochami” partyjnymi, które średnio na m-c wydają jak PO przynajmniej 1,5 mln. zł z naszych podatków ??? Jak możliwe jest w tych warunkach „odmrożenie” sceny politycznej? Konkurowanie z istniejącymi partiami, które zagwarantowały sobie dostęp do publicznych pieniędzy jest porównywalne do walki mrówki ze słoniem. Jeśli nowe partie nie mają w swoich szeregach Janusza Palikota są zdecydowanie bez szans!

Czy my, chcemy na pewno aż tyle płacić za reklamę tych „wyjątkowych osobistości” jakie zasiadają w polskim Sejmie? Ja nie! Wolałabym zdecydowanie odpisać część mojego podatku na wsparcie konkretnych projektów i kampanii realizowanych przez partie oraz konkretnych osób w to zaangażowanych. Może warto rozważyć pomysł zakładania partyjnych Fundacji, które mogłyby pełnić rolę swoistych think tanków? Fundacje pracowałyby nad merytorycznymi projektami, a partie zmuszone do utrzymywania się z własnych składek i darowizn musiałyby wprowadzić ograniczenia w rozrzutnym i nepotycznym wydatkowaniu subwencji? Musiałyby również zadbać o poparcie swoich wyborców zdecydowanie częściej niż raz na cztery lata!

Jak widać „wyborcza kiełbasa” jest bardzo droga. Może jednak warto zastanowić się nad ograniczeniem jej konsumpcji?